KIM JEST REGIS?

-  na podstawie „Sagi o wiedźminie” Andrzeja Sapkowskiego

 

Wrzask i tętent wzmogły się nagle;  ziemia zadygotała.

– Bitwa! – krzyknął Jaskier – Biją się!

– Kto? Z kim?! – wiedźmin spojrzał przed siebie. Pierwszym, co zobaczył w chmurze pyłu, były dziesiątki końskich kopyt w galopie – Pod wóz!

– Nie ruszajmy się… – zajęczał Jaskier, padając na ziemię  – Leżmy… Słyszałem, że koń nigdy nie nadepnie leżącego człowieka…

– Nie jestem pewien – wydyszał Geralt, ciągnąc Jaskra w kierunku wozu –  czy każdy koń o tym słyszał…

W tym momencie jeden z nieznających ludzkich przysłów koni kopnął Jaskra w przelocie w bok głowy. W oczach poety rozbłysły nagle czerwienią i złotem wszystkie gwiazdy firmamentu, a w chwilę później nieprzebite ciemności okryły niebo i ziemię.

Gdy się obudził, zobaczył klęczącego nad sobą Regisa. Cyrulik, swoim zwyczajem zjawił się nie wiadomo jak i nie wiadomo skąd.

– Spokojnie – rzekł Regis, przemywając ranę. – To nic. Trochę krwi. Tylko trochę krwi… Ładnie pachnie twoja krew, poeto.

I właśnie wtedy wiedźmin zachował się w sposób, jakiego nikt nie mógł oczekiwać. Podszedł do konia i wyciągnął z pochwy długi nilfgaardzki miecz.

– Odejdź od niego – warknął, stając nad cyrulikiem.

– Ładnie pachnie ta krew – powtórzył Regis, nie zwracając na wiedźmina najmniejszej uwagi. –  Nie wyczuwam w niej zapachu zakażenia, które przy ranie na głowie mogłoby mieć fatalne skutki… Uwaga… teraz zaszczypie.

Jaskier zajęczał, gwałtownie wciągnął powietrze. Miecz w dłoni wiedźmina zadrgał, zalśnił światłem odbitym od rzeki.

 – Założę kilka szwów – powiedział Regis, nadał nie zwracając uwagi na wiedźmina, ani na jego miecz. – Bądź mężny, Jaskier.

Jaskier był… mężny.

– Już kończę – Regis zabrał się za bandażowanie. – Do wesela zagoi się. Rana w sam raz dla poety, Jaskier. Będziesz chodził jak wojenny bohater, dumny, z bandażem na czole, a serca patrzących na ciebie panien topnieć  będą jak wosk… No gotowe. Geralt, już jestem do twojej dyspozycji.

Wstał, a wówczas wiedźmin przystawił mu miecz do gardła – ruchem tak szybkim, że aż umykającym oczom. Regis nie drgnął nawet, choć sztych miecza delikatnie opierał się o jego szyję. Milva wstrzymała oddech, widząc jak oczy cyrulika rozpalają się w mroku dziwnym, kocim światłem.

– Geralt – stęknął z ziemi Jaskier, całkiem przytomnie. – Czyś ty do reszty zwariował? On uratował nas spod szubienicy… Opatrzył mi łeb…

– Ocalił w obozie dziewczynkę i nas – przypomniała cicho Milva

– Milczcie. Nie wiecie, kim on jest.

Cyrulik nie poruszył się. A Milva nagle z przerażeniem dostrzegła to, co powinna była już dostrzec już dawno. Regis nie rzucał cienia.

– W rzeczy samej – powiedział wolno. – Nie wiecie, kim jestem. A pora żebyście wiedzieli. Nazywam się Emiel Regis Rohellec Terzieff – Godefroy. Żyję na tym świecie 428 lat według waszego rachunku. Uchodzę, delikatnie mówiąc za potwora. Za krwiożercze monstrum. To wszystko.

 I wystarczy – Geralt opuścił miecz. – Aż nadto. Znikaj stąd, Emilu Regisie Coś Tam Jakoś Tam. Wynoś się.

– To niebywałe – zadrwił Regis – Pozwolisz mi odejść? Mnie będącemu zagrożeniem dla ludzi? Wiedźmin powinien wykorzystać każdą okazję do eliminowania takich zagrożeń.

– Zjeżdżaj, oddal się i to szybko.

– A w jak dalekie strony mam się oddalić? – spytał wolno Regis – Wiesz, gdzie mieszkam, gdzie bywam, czym się zajmuję. Będziesz mnie tropił?

– Nie wykluczam. Jeśli będzie nagroda. Jestem wiedźminem.

– Życzę powodzenia – Regis zapiął torbę, rozwinął płaszcz – A… jak wysoka musiałaby być nagroda za moją głowę, byś zechciał się fatygować? Jak wysoko mnie wyceniasz?

– Bardzo wysoko.

– A konkretnie?

– Za zwykłego wampira brałem równowartość konia pod wierzch. A ty przecież zwykły nie jesteś.

– Ile???

– Wątpię – głos wiedźmina był zimny jak lód. – Wątpię, by kogokolwiek było stać.

– Rozumiem i dziękuję – Wampir uśmiechnął się, tym razem odsłaniając zęby. Na ten widok Milva i Cahir cofnęli się, a Jaskier stłumił krzyk przestrachu.

– Bywajcie. Powodzenia. –  Emiel Regis Rohellec Terzieff – Godefroy owinął się zamaszyście płaszczem i znikł. Po prostu znikł.